Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

April 06 2014

3828 78b1 390

Architecture and Morality (2004), Glenn Brown

Reposted frombackground background viaRecklessKid RecklessKid

March 31 2014

Scratchy
9933 390e 390
Reposted bypandathingKudlatyBlueszorax
Scratchy
9925 409c

March 24 2014

Scratchy
Play fullscreen
Jestem już tylko odbiciem swojej własnej postaci. Stałem się nikim.

March 23 2014

Scratchy
Wiem to, bo Tyler wie.
Scratchy
Pieniądze. 
Zawsze chodzi tylko, i wyłącznie o pieniądze. O nic innego. Ktoś może powiedzieć Ci, że to niska pobudka. To nieprawda. To jedyna pobudka. 
Załóżmy, że poznajesz dziewczynę, i zakochujesz się, a ona po chwili cię zostawia dla innego faceta. Zanim zaczniesz sobie zadawać pytania w rodzaju, czy ten facet jest bardziej opiekuńczy, męski, stanowczy, ma silniejszy charakter, bardziej potrafi ją opanować, zwróć uwagę na jedną rzecz - on zawsze zarabia więcej pieniędzy, niż ty. Ma również wyższą pozycję, więcej władzy, lepszy samochód, jest bardziej pewny siebie, ale to są tylko konsekwencje pieniędzy. I nie masz prawa mieć pretensji do tej dziewczyny. Gdy ty dostajesz propozycję lepiej płatnej pracy, też tylko udajesz przed samym sobą, że się zastanawiasz. 
Załóżmy, że ktoś cię odsunął, oszukał, wykorzystał, zdradził, zwolnił. Pozbawił cię tego, co teoretycznie ci się należało - teoretycznie, bo tak naprawdę nic i nigdy ci się nie należy. Zastąpił cię kimś innym. Powiedział ci nieprawdę. Wykluczył cię ze spółki. Doprowadził cię do bankructwa. Przejął twoje mieszkanie. Skrzywdził twoją rodzinę. Zawsze chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze. Zawsze musisz myśleć o tym, że ty na jego miejscu zrobiłbyś to samo, a ludzi, którzy by tego nie zrobili, jest bardzo niewielu; w najlepszych wypadkach zostają bohaterami czytanek szkolnych, jak ojciec Kolbe, jak Korczak. 
Człowiek to zwierzę z impulsem akumulowania dóbr, robienia zapasów. Agresywne, terytorialne, głupie. Zabijające z łatwością, gdy coś ma naruszyć jego interes i integralność. Nic więcej, nic mniej. Atawizmy. W dziewięćdziesięciu procentach składamy się z atawizmów, reszta - język, kultura, religia, etyka - to tylko wypadek przy pracy. 
To co robię, to pieniądze. Nic innego. Produkowanie pieniędzy, pranie ich, magazynowanie. Jeżdżę po mieście z kokainą tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Nie dla rzeczy, które mógłbym za nie mieć, tylko dla nich samych. One są najważniejsze. To co ci dają, to świadomość, tego, gdzie jesteś i ile możesz. Nie ma nic cenniejszego, od tej świadomości. 
Ona jest jak super-moc. 
Jak możliwość przechodzenia przez ściany. 
Milion złotych w upranej gotówce - a kiedyś dokładnie tyle pieniędzy leżało u mnie w mieszkaniu, sprasowane, owinięte kilkoma warstwami folii, wepchnięte w sportową torbę, taką, w której idąc na basen nosisz ręcznik i czepek - jest jak skafander kosmiczny. Odgradza cię od wszystkiego. Pozwala ci być obok. 
A nie ma lepszego miejsca, niż obok. 
Ich brak jest źródłem wszelkiego zła, jest jak ostatnie stadium nowotworu, jak najgorsza niemożność, jak spacer na celowniku. Wciska cię między ludzi, kładzie cię pod nimi. Spuszcza ci na twarz cudzą ślinę, podeszwy butów, beton. Niektórzy się do niego przyzwyczajają, spuszczają głowę, odmierzają czas, przeciągają go, zatykają się wątpliwymi rozrywkami, jak seriale ściągnięte z internetu. Ludzie przyzwyczajają się do wszystkiego. Do samotności, głodu, zimna, gówna, zasieków, śmierci. Aby to przetrwać, mają do dyspozycji fantazje, wizualizacje, wypieranie. Gdy człowiekowi nic innego nie zostaje, każdy potrafi zamknąć oczy i nakręcić, sam w sobie, setki wariantów jednego, Oscarowego filmu ze sobą w roli głównej, a potem stanąć na niewidocznym podium, kochanym, akceptowanym, wygranym.
Uśmiechnąć się. Pomachać prawdziwemu sobie, schowanemu gdzieś w oddali. 
Podziękować Bogu i rodzinie. 
Może dlatego robię to, co robię, bo nigdy tego nie miałem. Nie pamiętam, abym przez całe życie marzył o czymkolwiek. Po prostu chciałem czegoś, i wiedziałem, że będę to miał, tylko trochę inaczej i w innym terminie, niż chciałem. 
Poszedłem na studia, bo musiałem iść na jakieś studia. Poszedłem na nie do Warszawy, bo nie chciałem mieszkać dalej w Olsztynie. To ładne, małe, zielone miasto dla studentów i emerytów. Poszedłem na studia artystyczne z jakiejś niejasnej intencji, uszytej z przegrywanych kaset mojej siostry, albumów o sztuce, niejasnych, oglądanych na kasetach video filmów typu 'Zaginiona Autostrada', jointów, których paliłem bardzo dużo, na osiedlu, jako takiej umiejętności rysowania. Lubiłem rysować. To metodyczne, powolne, skrupulatne zajęcie. Jak ważenie i liczenie. 
Do tego wychowałem się w dziwnej, niepraktycznej, faworyzującej artystyczne zawody i czytającej książki rodzinie. Być może z tego powodu, gdy w końcu dostałem się na studia, moi rodzice wysyłali mi miesięcznie coś koło niecałego tysiąca złotych. 
Mieszkałem w jakimś czteropokojowym mieszkaniu na Pradze. Do końca nie wiem, ile poza mną mieszkało w nim osób. Może sześć. Wszyscy zajmowali się wciąganiem spida, pieprzeniem się gdzie popadnie, deptaniem po porozrzucanych wszędzie przedmiotach. Jedzeniem zupek chińskich i pasztetów. Piciem wina Sofia za sześć pięćdziesiąt za butelkę. Puszczaniem Davida Bowie z laptopowych głośników. Wszędzie walały się śmieci, farby, kable, terpentyna. Moja matka dzwoniła do mnie co drugi dzień zapytać, jak się czuję. Za każdym razem, gdy przyjeżdżałem do domu, dawała mi naręcza poupychane w próżniowe pojemniki kotletów, krokietów i wędlin. Za każdym razem, już wychodząc z autobusu, wyrzucałem je do pierwszego napotkanego śmietnika. 
Ci ludzie byli zabawni, zabawni jak film produkcji polskiej.
Każdy z nich marzył o zarabianiu pieniędzy, mniejszych, większych, dużych, ale nikt nie potrafił się do tego przyznać. Ci przyjezdni, poupychani po wynajętych mieszkaniach i akademikach nienawidzili tych miejscowych, z dobrych domów, przyjeżdżających na uczelnię samochodami, wyfiokowanych lasek w dobrych ubraniach. Niektóre przyjezdne dziewczyny, te ładniejsze, szybko znajdowały sobie miejscowych chłopaków i wprowadzały się do ich podarowanych na osiemnastkę mieszkań. 
Oni i wszyscy swoi rówieśnicy byli nawzajem swoją kserokopią. Swoim skanem. Wszystkich czekało dokładnie to samo. Wejście na kolanach w otoczoną zasiekami rzeczywistość. Serial obyczajowy pod tytułem "Szare Miraże". Kredyty. Wyrzeczenia. Próby zachowania jakiejkolwiek życiowej autonomii. Związki, które prędzej czy później zawsze staną się kiepskie. Ukrywania się. Ucieczki. Dwa, trzy, cztery, pięć, osiem tysięcy złotych miesięcznie. Mniej lub bardziej niewolnicze stawki. Podatki. Prywatne ubezpieczenia medyczne, lub ich brak. Za dwadzieścia lat każdy z nich albo byłby żulem, albo takim jak wszyscy inni prolem, kmiotem średniej klasy średniej, z wiecznie niespłaconą kartą kredytową. 
Widziałem ich, patrzyłem przez nich jakby byli powietrzem, i widziałem brudną, niedomalowaną ścianę, potłuczone kafelki. Widziałem bohaterów studenckiej etiudy filmowej. Widziałem ludzi, w moim wieku, skażonych przez swoich rodziców, napchanych przez fałszywe obietnice, nakarmionych kłamstwem - że życie jest jakąś szansą, że gdzieś tam, czeka na nich szczęście i spełnienie, że świat, w którym funkcjonują pozwoli im być wymarzonymi wersjami siebie. Wszyscy byli jak pijane kobiety, chodzący w kółko po swoim pokoju i wyobrażający sobie, jak odbierają Nagrodę Nobla na oczach mężczyzn, którzy kiedyś odeszli do młodszych lub ładniejszych. Wszyscy byli roszczeniowi jak małe dzieci, jak lunatycy pewni tego, że wystarczy poczekać, aż ktoś zapuka do drzwi i zaproponuje im bycie gwiazdami rocka. 
Oni wszyscy byli tacy sami, nieważne, czy uczyli się bycia artystą, lekarzem, prawnikiem, nauczycielem, filozofem. 
Za dziesięć lat wiedziałem, że każde z nich będzie zadawać sobie dwa pytania - gdzie to, kurwa, poszło, i kurwa, kto jest temu winien. 
Nikt nie jest temu winien. Nikt nie jest niczemu winien. Tak został skonstruowany system, i na tym zawsze będzie polegać. Wiedziałem, że trzeba po prostu wyjść z budynku, zamiast szukać odpowiedniego pokoju. 
Dlatego jestem tutaj. Dlatego jestem w tym samochodzie. Dlatego jadę na Gocław, z siedzącą obok Paziną. 
Dlatego śpię w dzień, i nie śpię w nocy. Dlatego spędzam czas, licząc. 
Nawet, gdy mnie zawiną, na dwa lata, na pięć, to i tak gdzieś tam będą moje pieniądze. I tak będę wolnym człowiekiem. 
Jedynym wolnym człowiekiem, którego znam.
— Jakub Żulczyk, "Ślepnąc od świateł" (Wrzesień 2014)

March 15 2014

Scratchy

February 27 2014

Scratchy
Scratchy
Poza rzeczy-wistością
Nie szukaj już niczego,
Bo wistość tych rzeczy
Jest nie z świata tego.
— Witkiewicz

February 23 2014

Scratchy
Scratchy
 Nie założę Ci nigdy w życiu żadnej obroży. Mężczyźni z obrożami na szyi i tak nie wracają do swoich kobiet. A ja chciałabym, żebyś wracał. Do mnie. Bądź wolnym kotem, ale budź się rano obok mnie. 
— J.L.Wiśniewski
Reposted fromnjmortensen njmortensen viasonrisa20 sonrisa20

February 22 2014

Scratchy
Scratchy
9922 df9a 390

February 14 2014

Scratchy
Tak mało gitarowy.
Scratchy

February 12 2014

Scratchy
Play fullscreen
Takie niebo! Takie chmury!
Scratchy
Scratchy

February 06 2014

Scratchy
Najtrudniej jest zrobić charakterystykę własnej postaci.

February 01 2014

Scratchy
Zwróciłem mu właśnie uwagę, że to doskonały sposób dojścia do porozumienia z dziewczyną — zacząć pożyczać jej książki.
— S. Kierkegaard
Reposted fromIriss Iriss vialubiedzis lubiedzis
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl